top of page

Dlaczego robisz to, co robisz? Czyli kilka słów o przygotowaniu serca.

  • Zdjęcie autora: Agnieszka
    Agnieszka
  • 23 gru 2025
  • 5 minut(y) czytania

LIFESTYLE / PRAKTYKOWANIE WDZIĘCZNOŚCI




splecione ręce: damska i męska, para na spacerze, czułość



Kiedy dziś z perspektywy czasu patrzę na to, jak nasza przedświąteczna rzeczywistość wyglądała jeszcze kilka lat temu, wcale się nie dziwię, że tak trudno było mi cieszyć się chwilą, nie odczuwać przemęczenia i rozdrażnienia z powodu natłoku obowiązków. Mimo, że w teorii miałam to samo podejście, co dzisiaj - czyli uważałam, że na pierwszym miejscu powinien być Bóg (w końcu świętujemy Jego urodziny) i oczywiście dbałość o bliskie mi relacje - to zupełnie nie szło to w parze z moimi czynami. Zawsze coś było ważniejsze. Jeszcze tylko jeden mail do klienta. Zakupy na ostatnią chwilę. Ostatnie szlify w kuchni... dziś jednoznacznie stwierdzam, że po prostu brałam sobie w tym czasie zbyt dużo na głowę, chcąc "podomykać" większość spraw, a ponadto - kierując się głównie tym, co dyktują media i trendy (trochę więcej pisałam o tym w tym i tym artykule). Czy dzisiaj zmniejszyłam liczbę przedświątecznych obowiązków? Częściowo tak (np. tworząc listę z rzeczami do zrobienia i dzieląc ją na 2 kategorie: "do zrobienia przed świętami", oraz "do zrobienia w ciągu następnych 12 miesięcy"), ale przede wszystkim zmieniłam swoje podejście - bo nie oszukujmy się: niektóre sprawy po prostu trzeba załatwić przed świętami - i wszyscy wiemy, że potrafi być ich sporo. Jednak ja dzisiaj już wiem, że nie tyle ich ilość wpływa na nasz nastrój, a raczej... to, w jaki sposób o tych obowiązkach myślimy.



DLACZEGO ROBISZ TO, CO ROBISZ

Planowanie zakupów, cale dnie w kuchni, przeplatane szorowaniem łazienki, a tuż przed rozpoczęciem wigilijnej kolacji, jeszcze nerwowe prasowanie ubrań i czyszczenie butów... tak, jak też nie raz dostawałam na końcu szału, który potrafiłam rozładować na moim biednym mężu - najlepiej w samochodzie, w drodze do rodziny. Wszystkiego było za dużo i wszystko musiało być na już. Nerwy, pośpiech i skwaszona mina, czasem wręcz łzy. Wiesz kto był temu wszystkiemu winny? Nie natłok obowiązków. Nie klienci, piszący i dzwoniący do mnie w Wigilię. I nie szczekający w kółko pies sąsiada, od którego bolała głowa. Winna byłam tylko i wyłącznie ja. Pamiętam, kiedy zrobiłam porządny rachunek sumienia i zdałam sobie sprawę, że owszem, jest mi ciężko, ale w zasadzie nigdy nie proszę o pomoc, bo "wolę zrobić to sama". Owszem, jestem przemęczona, ale to ja odbierałam te telefony i maile do ostatniej chwili. Owszem, nie wyrabiam się z gotowaniem, czy prezentami, ale to ja nie planowałam listy zadań odpowiednio wcześniej - żeby później móc działać ze spokojem. Dziś nie mam o to do siebie żalu, bo wiem, że po prostu wtedy nie umiałam inaczej. Jak większości rzeczy - tej też musiałam się nauczyć. Dzisiaj moja rzeczywistość przed świętami wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście, zdarza się, że działam w pośpiechu, czegoś nie dopilnuję, albo z czymś nie zdążę, ale... nie jest to dla mnie tak istotne jak kiedyś. Wiesz dlaczego? Bo postanowiłam zmienić intencję z jaką wykonuję w zasadzie wszystkie swoje obowiązki. Zamieniłam "muszę" na "chcę". Gotuję i sprzątam, bo chcę mieć czysty dom, oraz chcę mieć swój udział w przygotowaniach świątecznego menu. Wysyłam życzenia do klientów, bo chcę sprawić im przyjemność i pokazać, że o nich pamiętam. Prasuję nam ubrania, bo chcę, żebyśmy wyglądali schludnie, pakuję prezenty w ozdobny papier, bo chcę w ten sposób pokazać, że bliscy są dla mnie ważni. Jedno słowo. A tak ogromna zmiana. Jeśli myślisz, że jest to łatwe, to... prawdopodobnie Cię rozczaruję: dla mnie nie było i zajęło trochę czasu. Ale na pewno było warto. Dzisiaj bardzo się pilnuję, żeby nie traktować swoich obowiązków (nie tylko tych przed świętami), jako "zło konieczne", ale myśleć o tym inaczej: to, że je wykonuję, jest dowodem mojej miłości, troski i zainteresowania drugim człowiekiem. A jeśli naprawdę czegoś nie znoszę robić, po prostu bez ogródek proszę o pomoc - lub jeśli jest taka możliwość, asertywnie komunikuję, że tego nie zrobię (uwalniające, jak jasny gwint!).




NIE CZUJESZ SIĘ PRZYGOTOWANY, BO NIE PRZYGOTOWAŁEŚ SERCA.

Nie będę tu pisać o rzeczach, które w mojej opinii są najważniejsze i nie da się ich zastąpić niczym innym (czyli spowiedź święta, czy adoracja Najświętszego Sakramentu), ponieważ zdaję sobie sprawę, że mogą to czytać osoby, które nie są na takie kroki gotowe. W pełni rozumiem, bo też tam kiedyś byłam. Chcę natomiast zachęcić do kilku aktywności, które odkrywałam w swoim dorosłym życiu stopniowo, a które znacznie wpłynęły na jakość moich przygotowań do świąt - a w zasadzie właśnie do przygotowania swojego serca.


  • Zaplanowanie konkretnego czasu na wysyłanie świątecznych życzeń do bliskich osób - w zasadzie nigdy nie robię tego w tzw. sposób "hurtowy". Nie wysyłam zdublowanych, a tym bardziej skopiowanych, gotowych wiadomości do kolejnych 20 osób, gdzie już od pierwszego wersu czuć, że jest to wiadomość grupowa. W moim odczuciu jest to po prostu mało elegancki i niewiele wnoszący czyn. Osobiście uważam, że najlepiej wysłać spersonalizowany sms, czy mail do mniejszej ilości osób, za to takich, z których naprawdę łączą nas jakieś relacje - i o które to relacje chcemy dbać. Jeśli tylko mam taką możliwość, staram się dzwonić i chociaż zamienić z daną osobą kilka słów, zwłaszcza, jeśli dawno się nie widzieliśmy. To zdecydowanie cenniejsze, niż wyskrobane na szybko: "wesołych i spokojnych świąt w rodzinnym gronie". A jeśli nie zdążę tego zrobić, dzwonię po świętach. Nikt nie powiedział, że wtedy życzenia tracą na wartości, prawda?

  • Zrobienie czegoś dobrego dla innych - od kilku lat angażuję się w różne akcje charytatywne, które w niesamowity sposób pozwalają spojrzeć na swoje własne życie z zupełnie innej perspektywy - i naprawdę docenić to, co się ma.

    A jeśli nie mam możliwości wsparcia finansowego, po prostu modlę się w intencji danej potrzebującej osoby.

  • Spotkanie w gronie przyjaciół - praktykujemy to z mężem od lat i nie wyobrażamy sobie z tego rezygnować. Często te spotkania zaczynają się już na początku grudnia i trwają przez kolejne 2 miesiące (ilość osób z którymi planujemy się spotkać jest całkiem spora), ale jest to zdecydowanie jedna z naszych ulubionych świątecznych tradycji.

  • Spotkanie z samą sobą - które w moim przypadku co roku przybiera tak naprawdę inną formę. Czasami jest to kawa w ulubionej kawiarni, czasem wieczór z ulubioną książką, albo napisanie listu do samej siebie - z podsumowaniem minionego roku. Tę formę lubię szczególnie, ponieważ w takim liście sama sobie dziękuję za to, czego udało mi się dokonać w minionym roku. I wcale nie są to wielkie i spektakularne przedsięwzięcia - dziękuję sobie np. za to, że staram się bardziej pracować nad swoją cierpliwością, albo się wysypiać. Takie listy przechowuję w specjalnej skrzynce i kiedy po dłuższym czasie do nich zaglądam, czuję przeogromną motywację do dalszej pracy nad sobą. No i namacalnie widzę, jaki kawał drogi przeszłam.

  • Przebaczenie. To potrafi być jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie, ale jednocześnie najbardziej uwalniająca.

    Każdy z nas ma takie relacje, które nie są proste, być może nawet naprawdę zupełnie pogmatwane. Ja też takie mam. Wiem, że nie zawsze da się po prostu usiąść i szczerze porozmawiać. Ale wtedy staram się robić to, co usłyszałam kiedyś od jednego księdza; po prostu przebaczać tej osobie w sercu. Przestać żywić urazę, przestać przedstawiać swoje racje. Pomodlić się za tę osobę... i po prostu puścić gniew. Czasem muszę to powtarzać co roku. Ale nigdy z tego nie rezygnuję - bo wiem, że tych negatywnych uczuciach tak naprawdę najbardziej cierpię... ja.



Na koniec tego wpisu pozostawiam Wam jeszcze pewien film, a w zasadzie nagrane kazanie z wartościowym przesłaniem, do którego co jakiś czas wracam. To zdecydowanie jedne z tych treści, które trafiają głęboko do serca - i po których jest zwyczajnie... lżej. A na nadchodzące święta chcę Wam życzyć przede wszystkim miłości. Miłości w tej najpiękniejszej i najczystszej postaci. Takiej, która zawsze zajdzie sposób, której nigdy nie jest zbyt ciężko, czy zbyt późno... takiej, dzięki której codziennie odkrywamy, że chce się żyć!



***

Komentarze


bottom of page