Plany na wiosnę, przemyślenia 30 tygodnia i nieoczywiste przywileje - czyli migawki marcowe

MIGAWKI MARCOWE / LIFESTYLE

Chociaż to właśnie w tym miesiącu rozpoczyna się kalendarzowa wiosna, budząc w większości z nas wielkie nadzieje i tęsknoty, co roku odczuwam wrażenie, że marzec, jest tak naprawdę jeszcze dość prozaiczny w swoim charakterze. Nie, nie chodzi mi o to, że go nie lubię, ale nasza relacja jest raczej dość "powściągliwa". W zasadzie nigdy nie wiem jaki on będzie i co przyniesie - czy pokieruje moje myśli zdecydowanie w kierunku wiosny, czy każe nam jeszcze sporo na nią czekać...? Będzie pełen nowych pomysłów, a może jednak stopniowo i spokojnie pobudzi mnie do oczekiwania na bardziej słoneczny i radosny (zazwyczaj) kwiecień? Tak czy owak, staram się raczej cierpliwie (raczej) poddawać jego aurze, mając z tyłu głowy, że wszelkie "przyspieszanie" wiosny czasem kończy się zdradziecko (o czym się w tym roku przekonałam, ale o tym później) i pomimo tego, że nerwowo przebieram już nogami w blokach startowych z napisami: "ogarnąć balkon", "wznowić remont", czy "skończyć kompletowanie wyprawki dla Malucha", próbuję jeszcze na chwilę wstrzymać konia i rozkręcać się z głową. Pozwólcie, że przemilczę w tym miejscu ewentualne pytania jak mi to wychodzi (sami oceńcie ;)), zapraszając Was do mojego marcowego podsumowania :)
/1. Tego dnia było tak ciepło, że ciężko było wytrzymać w kurtce. /2. Kiedy masz przed sobą taki widok, od razu przypominasz sobie, dlaczego zrezygnowałaś z rolet w oknach./
Jest kilka takich momentów, w których wyraźniej czuję powiew wiosennej świeżości, jak chociażby umycie okien po zimie, albo... pierwsze zmiany na talerzu. W tym czasie mam ochotę na coraz lżejsze i bardziej kolorowe potrawy, nawet jeśli nie możemy jeszcze w pełni korzystać z sezonowych warzyw i owoców. W tym roku moje kulinarne eksperymenty zawiodły mnie do stworzenia banalnego, za to chyba całkiem udanego przepisu, który przetestowałam tradycyjnie kilka razy i z dumą stwierdzam, że ta obiadowa sałatka za każdym razem smakowała mi coraz bardziej (i nie tylko mi). Muszę przyznać, że po ciężkiej i długiej zimie, podczas której zwykle jadamy bardziej tłusto, taki lekki obiad "wchodzi" wspaniale.
Początek wiosny to zwykle u czas, kiedy rozpoczynam tworzyć rozmaite projekty i plany - w tym roku głównie te "domowe", na które nie ukrywam, cieszę się jak dziecko. I choć właściwie niezbyt precyzyjnie jest mówić o rozpoczynaniu w tym przypadku (bo działamy już od paru miesięcy z niektórymi sprawami, choć mieliśmy przestoje), to jednak, jak to na wiosnę, parę w rękach odczuwamy teraz ze zdwojoną siłą, co - jak przypuszczam - przełoży się na fakt, że prawdopodobnie przez najbliższe 2 miesiące zdziałamy więcej, niż przez całą zimę (jeśli przeczuwacie, że być może nie do końca o wiosennego "kopa" tu chodzi, a ma to raczej związek z tym, że goni mnie termin porodu, to... cóż, trochę racji w tym też jest ;)). Czy chcę przez to powiedzieć, że dostałam popularnego syndromu tak zwanego "wicia gniazda"? Sama nie wiem, czy na pewno tu leży przyczyna, bo tak naprawdę wszystkie rzeczy, które chciałabym domknąć przed pojawieniem się naszej Córeczki, miałam zaplanowane... już ponad rok temu. Mam raczej nieodparte wrażenie, że zbliżająca się wizja powiększenia rodziny, w końcu skutecznie popchnęła mnie do działania. Nie są to może wielkie remonty (mój mąż uważa trochę inaczej), ale po prostu rzeczy, które zdecydowanie ułatwią codzienne funkcjonowanie, poprawiając funkcjonalność naszego niewielkiego mieszkania, które już za około 2 (!) miesiące nie tylko będzie musiało pomieścić nas więcej, ale także odpowiedzieć na nowe, związane z tym potrzeby, rytuały i harmonogram dnia (i...nocy). Patrząc jednak na to wszystko całościowo, nie jest to po prostu "następny remont", a raczej kolejny etap większego planu, który zrodził się dużo, dużo wcześniej. W zeszłym tygodniu rozpoczęliśmy już część prac, między innymi zaopatrując się w ostatnie dwa krzesła do jadalni (na te poprzednie, ściągnięte z mojego biura nie mogłam już patrzeć, kompletnie tu nie pasowały), oddając moją ukochaną, angielską sofę do tapicera (kto ma koty i nieodpowiedni materiał na meblach, ten wie) i rozpoczynając projekt kącika do pracy, który będziemy musieli wygospodarować w salonie (bo w jego obecnym miejscu w sypialni, już niedługo stanie dziecięce łóżeczko). Będzie działo się dużo fajnych rzeczy, więc jeśli chcecie być na bieżąco, zaglądajcie na bloga w kwietniu - bo będę robić o tym osobny wpis :)
/1. Kiedy mama przyniesie ci do mieszkania trochę wiosny. /2. Wiosna to czas różnych projektów i zmian. Niektóre są szybkie, inne trwają nawet latami - jak chociażby proces budowania świadomej garderoby, o którym pisałam Wam tutaj - sądząc po statystykach, ten wpis okazał się być dla Was bardzo interesujący. /3. Kiedy pierwszy raz patrzysz na jezioro, które w końcu w całości odmarzło i zaczyna się tak charakterystycznie mienić w słońcu. /4-6. Jako miłośniczka naturalnych materiałów, chciałam, żeby nowe krzesła też takie były i w końcu postawiłam na wiklinę. W zestawieniu z resztą wyposażenia, powoli buduję klimat o jaki mi chodzi: trochę cottage, trochę śródziemnomorski, a trochę vintage... jeszcze trochę przed nami, ale ja już wiem, że będzie pięknie! /7-8. No sami powiedzcie, te krzesła pasują tu jak kwiatek do kożucha ;)/9. Rozpoczęliśmy też planowanie remontu łazienki u mojej mamy!/.
Czasem jednak, mimo najszczerszych chęci, nasz "wiosenny power" ogranicza się jedynie do... przewrócenia się na drugi bok i sięgnięcia po kolejną paczkę chusteczek :) Wiecie kiedy się tak dzieje? Kiedy ktoś, skuszony radosnym trelem ptaków i pierwszymi zielonymi pąkami, zbyt szybko wskoczy w lżejsze ciuchy i mokasynki. Skąd to wiem? Koleżanka mi powiedziała ;) a tak poważnie - właśnie tak wyglądała moja rzeczywistość przez ponad tydzień, który praktycznie w całości poświęciłam chorowaniu, ale na szczęście od 2 dni czuję się już znacznie lepiej - i w końcu wygramoliłam się z tego łóżka!
/1-2. Ten moment, kiedy nie wiesz, czy jesteś bardziej głodna, zmęczona, czy chora, robota ci zalega, a ty zdajesz sobie sprawę, że niedługo w tę rzeczywistość wkroczy jeszcze malutkie dziecko - więc w zależności od dnia, czujesz raz ekscytację, raz przerażenie. /3. "Na co masz dziś ochotę, Kochanie? Syrop z cebuli i kanapka z masłem i czosnkiem może być"? /4. Kiedy twój mąż dobrze wie, że oprócz leków, potrzebujesz też świeżych kwiatów, żeby wyzdrowieć. /5. "Jak się ze mną pobawisz, to od razu ci przejdzie to całe chorowanie!" /6. "Dlaczego w tym domu nikt nie chce się bawić"./
/1-2. W książkach Martyny Wojciechowskiej "Kobieta na krańcu świata" zaczytywałam się mocno ponad 10 lat temu. Taka literatura pozwala mi mocno zdać sobie sprawę, że moje życie, zdrowie, możliwość edukacji i dostęp do służby zdrowia to przywilej./
Nie wiem, czy to w związku z Wielkim Tygodniem i nadchodzącymi świętami Wielkiej Nocy, ale od kilku dni mocno nachodzą mnie różne głębsze refleksie, kręcące się wokół uczucia wdzięczności, że pomimo tego, że bywa czasem ciężko, a życie - jak to życie, częściej jawi nam się jako proza, niż fantazyjna poezja - to jednak jesteśmy ogromnymi szczęściarzami i mamy za co Bogu dziękować. Na pewno nie bez znaczenia pozostaje fakt, że powróciłam do książek Martyny Wojciechowskiej, w których zaczytywałam się ponad 10 lat temu, a które opowiadają o życiu kobiet na różnych krańcach świata. Ich historie pomagają mi spojrzeć na swoje życie z dużo szerszej perspektywy i ponownie zdać sobie sprawę z tego, że owszem, nasze życie jest poniekąd odbiciem naszych codziennych zmagań i wyborów, ale jednak - po pierwsze należy uświadomić sobie, że... mamy szczęście, bo urodziliśmy się po tej "lepszej" stronie globu. Oczywiście każdy z nas ma swoje większe i mniejsze problemy, ale jednak warto sobie raz na jakiś czas powtórnie uświadomić, że nasze prawa i przywileje nie są oczywiste dla każdego człowieka na świecie. Podczas gdy niektórzy codziennie zmagają się z brakiem dostępu do elektryczności, bieżącej wody, czy brakiem dostępu do wiedzy i odpowiedniej służby zdrowia, my mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki - żyjąc w rzeczywistości, która umożliwia nam ciągły rozwój, podróże, oraz możliwość decydowania o swoim życiu prywatnym i zawodowym. Mam głębokie przekonanie, że te myśli przyszły do mnie w odpowiednim momencie. Może właśnie dzięki temu, wczoraj, w szary i zabiegany poniedziałek, kiedy świeżo po chorobie człapałam z naszą obolałą Tajgą do weterynarza, udało mi się zachować pozytywny nastrój i ze wszystkich sił skupić na pozytywnych myślach - w końcu to one, w znaczącej mierze kształtują naszą rzeczywistość. Może warto co jakiś czas to sobie przypomnieć. Nie tylko na wiosnę.

***

























Komentarze