Mała przestrzeń, wiele funkcji - czyli jak urządziliśmy naszą sypialnię - cz. I
- Agnieszka

- 11 kwi
- 8 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 20 kwi
SZCZĘŚLIWY DOM / CIĄŻA I MACIERZYŃSTWO / LIFESTYLE

Zabawne, ale kiedy już wydaje mi się, że wreszcie uchwyciłam swoją definicję "małego" pomieszczenia, nasze życie tak się układa, że znów ze zdziwieniem odkrywam, że daliśmy radę się pomieścić na jeszcze mniejszej przestrzeni, niż poprzednio. Jeśli dobrze kojarzę, wg. przepisów budowlanych minimalny metraż pokoju dla 1 osoby wynosi 8 m2, zatem nie pozostaje mi już nic innego jak głęboko westchnąć - co też czynię jakieś trzydzieści razy w ciągu dnia. Chociaż w zasadzie muszę przyznać, że robię to głównie z uśmiechem, a może nawet pewną dozą satysfakcji. Postanowiłam sobie na nią pozwolić, zważywszy na fakt, że nasza mała "norka", która ledwo dobija do tych 8 metrów i była już chyba wszystkim co możliwe (w tym sypialnią, domowym biurem i oczywiście graciarnią), stała się obecnie multifunkcjonalną przestrzenią: z małżeńskim łóżkiem, szafą gospodarczą i regałem na papiery do pracy, a przede wszystkim kącikiem dla dziecka, który oprócz łóżeczka i przewijaka, został jeszcze wyposażony w pojemną szafę. Kiedy tak wymieniam te wszystkie meble, mam ochotę pobiec do norki i sprawdzić, czy na pewno to wszystko tam stoi, bo może jednak coś mi się przyśniło. Ale nie. Stoi, pozostawiając nawet sensowny kawałek wolnej podłogi. W dodatku norka niebawem będzie musiała pomieścić nie 1, nie 2, ale 3 (!) osoby... czy Wam też zrobiło się tak jakoś dziwnie, ale jednocześnie wesoło? No cóż, w takim razie zapraszam na dzisiejszy wpis :)

/1. Nasze niecałe 8m2 szczęścia. Tak małej sypialni (która spełnia dużo więcej funkcji) jeszcze nie użytkowaliśmy. Projektując ją musiałam się wzbić na wyżyny swojej kreatywności, ale jak na razie - użytkuje nam się ją zaskakująco dobrze./
Każdy, kto choć raz mieszkał na niewielkiej przestrzeni, wie bardzo dobrze, jak ważne jest jej właściwe zaprojektowanie. Właściwe - to znaczy takie, które maksymalnie odpowie na potrzeby użytkownika. My z moim mężem utwierdzamy się w tym przekonaniu od prawie 8 lat, które upłynęły nam w różnych mieszkaniach, lawirujących pomiędzy 40 - 60 m2 powierzchni. Nie każde wspominamy dobrze, ale bez wątpienia wszystkie nas czegoś nauczyły. Przede wszystkim tego, że nie sam metraż jest najważniejszy, ale pomysł na jego zagospodarowanie, który powinien iść w parze ze znajomością własnych potrzeb. Brzmi niewinnie, a może nawet prosto... do momentu, aż się wprowadzasz (i zaczynasz rozpakowywać te wszystkie kartony). Nasze częste przeprowadzki, choć bywały trudne i bardzo męczące, dały nam niesamowitą wiedzę na temat własnych potrzeb, ciągot i upodobań wnętrzarskich - i nie tylko. Przez pryzmat naszych mieszkań, mieliśmy okazję doświadczyć jakimi ludźmi jesteśmy: jak funkcjonujemy na co dzień, jakie mamy priorytety, gdzie możemy się trochę nagiąć, a gdzie nie zakładamy żadnych kompromisów. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć tylko jedno: to niesamowicie cenna wiedza, którą, owszem, czasem należy odkurzyć i zaktualizować - ale już nigdy się jej nie zgubi, za to wielokrotnie wykorzysta. Tak przynajmniej było (i wciąż jest) w naszym przypadku. Przez ostatnie 3 lata korzystaliśmy z tej wiedzy bardzo intensywnie, ponieważ nasze obecne 50 metrowe mieszkanko, zmieniało się szybciej, niż zdążyliśmy powiedzieć (a nawet pomyśleć) "remont". Niekiedy wynikało to z konieczności, innym razem zabarwionej fanaberią, ale nie skłamię jeśli powiem, że jeszcze nigdy tak poważnie nie podchodziliśmy do planowania swoich 4 kątów: analizując, dyskutując, przewidując przyszłość i projektując dużo, dużo uważniej niż kiedyś - zawsze z pewną dozą elastyczności, bo kiedy masz niewielką przestrzeń, za to dynamiczną sytuację życiową, inaczej się po prostu nie da :)

/1. Ten moment kiedy okazuje się, że łóżko jest prawie wielkości pokoju ;) To zdjęcie zostało zrobione kilka dni po wprowadzce do tego mieszkania./
/1-3. Rok 2024, Lipiec: decyzja o zburzeniu ściany, postawieniu nowej (jeszcze zmniejszając - tak, zmniejszając (!) pokój kosztem większej kuchni) i zrobieniu przeszklenia była jedną z najlepszych decyzji remontowych w tym mieszkaniu, choć z początku wydawała nam się bardzo ryzykowna./
/1. Rok 2024: biuro projektowe, siłownia i graciarnia w jednym. A w tle nasza stara kuchnia, za którą zupełnie nie tęsknię. Była zupełnie nowa. I zupełnie nie w naszym stylu. Ale przynajmniej mamy nową ścianę ;)/2. Rok 2024: z takim widokiem można pracować. Mamy bardzo intensywny zawodowo czas - zatem kosztem wydzielonej przestrzeni do pracy z dwoma biurkami, sprzedajemy nasze stare łóżko i przez ponad rok śpimy na rozkładanej sofie w salonie)./3. Rok 2025, Sierpień: Kiedy masz czas na skręcanie nowych witrynek, ale na posegregowanie prania to już nie (nie widać tego na zdjęciu, ale za tą niebieską ścianą jest już nowa kuchnia po remoncie./
/1. Rok 2025, koniec Grudnia, 3 miesiąc ciąży. Podejmujemy decyzję, że czas pożegnać nasze domowe biuro.../2. ...by przekształcić je znów w sypialnię, a wkrótce wydzielić też kącik dla nowego członka naszej rodziny (choć jeszcze wciąż nie dowierzamy, że naprawdę się ona powiększy)/.
Jedną z największych przyjemności życiowych, jest wskakiwanie do własnego łóżka na koniec dnia. Teraz, kiedy znów je posiadam, doceniam to jak chyba nigdy wcześniej! Nie wiem jak nam się życie potoczy, ale mam nadzieję, że już nigdy nie będziemy zmuszeni wrócić na rozkładaną sofę ;) A jeśli chodzi o stronę estetyczną naszej norki: w zasadzie wiedziałam niewiele ponad to, że chcę, żeby było przytulnie i swojsko. I trochę niebiesko - ten kolor niesamowicie uspokaja i wycisza, a ponadto kojarzy mi się z moim ukochanym morzem. Co jeszcze wiedziałam? Że nie chcę przeznaczać na remont wielkich pieniędzy - i że będzie to oznaczało kompromisy i spory nakład pracy własnych rąk, z czego najbardziej ucieszył się (jak zapewne się domyślacie) mój kochany mąż.

/1-4. Rok 2025, Styczeń: plany, przymiarki i pierwsze efekty. Wiklinową lampę kupiliśmy w Ikei, a zasłony (które nota bene pokochaliście), pochodzą z tego sklepu/.
W tym miejscu muszę powiedzieć jedno: niech żyją rodzice! Ich cierpliwość i chęć pomocy w magazynowaniu części naszego wyposażenia (np. wielkiego biurka mojego męża i paru innych rzeczy, które gdzieś musimy przechować, a nie chcemy się ich pozbywać, bo mogą się jeszcze przydać) jest po prostu nieoceniona - i daje niesamowity komfort i spokój. Zapewne przyjdzie taki czas, kiedy będziemy potrzebowali większego mieszkania (może tym razem uda się już znaleźć docelowe...? ;)) - i wspaniale jest mieć świadomość, że niektóre z naszych mebli mają gdzie poczekać na ten moment, nawet jeśli przeciągnie się on na parę kolejnych lat (prawda, mamo?).
Wracając do sypialni - przez następne miesiące zaczęliśmy doposażać ją w kolejne meble, tym samym "dokładając" jej nowe funkcje. Od początku było jasne, że pomimo malutkiego metrażu, ten pokoik musi spełnić je wszystkie - i chociaż wymagało to pewnej logistyki, kombinacji i pójścia na kompromis (a nawet kilka) - udało się, w efekcie czego jakoś zmieściliśmy tutaj: nasze nowe małżeńskie łóżko (pod którym przechowujemy parę rzeczy w specjalnych pokrowcach), szafę gospodarczą, przeszklony regał na szpargały, dokumenty i książki, a także łóżeczko z przewijakiem i szafę dla córeczki. To był mebel z którym walczyłam najdłużej, ponieważ marzyła mi się w tym miejscu jakaś piękna, stara szafa w duchu vintage, ale niestety nigdzie nie mogłam znaleźć odpowiednio wysokiej, a jednocześnie wąskiej i pojemnej (a uwierzcie mi, szukałam długo). Tym razem zabudowa stolarska nie wchodziła w grę, bo to duży koszt, a nie wiadomo ile się nim nacieszymy. Tymczasem Ikea wprowadziła nowość do swojej oferty, proponując tak zwane "moduły boczne" (są też środkowe) do popularnych szaf PAX i chociaż z początku wzbraniałam się przed sieciówką rękami i nogami, w końcu się ugięłam. Teraz, kiedy szafa już stoi i widzę to całościowo, wiem, że wybraliśmy dobrze. Na tak małej przestrzeni istotne jest, żeby mieć to co trzeba pod ręką i jak najwięcej zmieścić, jednocześnie nie przytłaczając wnętrza. Z tą szafą stało się to możliwe w zasadzie w 150 procentach, bo finalnie przechowujemy w niej nie tylko rzeczy Małej, ale także parę naszych własnych drobiazgów. A szafa vintage... no cóż, musi poczekać na lepszy czas (czytaj: większy metraż). Historia z szafą okazała się być zaledwie preludium dla kolejnych niełatwych decyzji. Jeszcze na długo przed zajściem w ciążę wyobrażałam sobie, a w zasadzie byłam pewna, że nasze dziecko będzie spać w przepięknym wiklinowym łóżeczku - a w dodatku historycznym, ponieważ ma ono blisko... 60 lat. Tak, to oznacza, że chowały się w nim już 2 pokolenia, w tym mój tato, a potem ja i moje rodzeństwo. Oszczędzę Wam szczegółów, ale powiem tylko tyle: mimo najszczerszych chęci zatrzymania tego cuda, ogromnego sentymentu i rozpaczy - jeszcze tego samego wieczoru, kiedy je przywieźliśmy z dziadkowego strychu i postawiliśmy w naszej norce... powiedziałam: "nie". Żałuję tylko jednego: że wcześniej nie posłuchałam męża, który już jak pierwszy raz je zobaczył, wyraził swoje obawy mówiąc: "ono jest bardzo niskie. Zobaczysz, że strzeli ci kręgosłup". Oczywiście wtedy, będąc zupełnie zamroczona przepiękną wizją przedłużania życia tego wiklinowego rodzinnego skarbu, z którego mogłoby korzystać kolejne, trzecie już pokolenie, zupełnie nie przyjmowałam żadnych logicznych argumentów, zatem cała operacja zakończyła się sceną, w której stoję rozgoryczona i narzekam na los, a mój niezmordowany mąż mówi, że to nic nie szkodzi i że skoro wtargaliśmy to łóżeczko na 9 piętro (uprzednio taszcząc ze strychu dziadka i transportując do mieszkania) to przecież równie dobrze możemy je z powrotem "stargać" i odwieźć tam, skąd je zabraliśmy. Nie muszę chyba dodawać, że scena rozgrywała się dobrze po godzinie 22, prawda? ;)

/1. Kiedy zastanawiasz się jak to możliwe, że twoja babcia i mama przez kilka lat schylały się po swoje dzieci wyjmując i wkładając je do tego łóżeczka, a ty robisz zaledwie 3 próby (wykorzystując swojego 4 kilogramowego kota) - i choć serce ci pęka, mówisz: "nie"./
Dalsza część tej łóżeczkowej historii toczy się równie ciekawie, co nieprawdopodobnie. Następnego ranka zebraliśmy się w sobie i postanowiliśmy przeczesać teren wspomnianej już Ikei w poszukiwaniu nowego łóżeczka dla naszego Malucha. Kojarzyłam (nie wiem skąd), że jest tam takie jedno, które ewentualnie mogłabym uznać za ładne, a w dodatku w niebieskim kolorze (przecież musiałam się jakoś pocieszyć po tej wiklinowej stracie). Ale gdy tylko przekroczyliśmy próg sklepu, okazało się, że kolor niebieski dla tego modelu został wycofany, a ponadto ten niewinny mebelek kosztuje 1500 zł. Pomimo całej naszej bezkresnej miłości do nienarodzonej jeszcze Córeczki, zachłysnęliśmy się porządnie - i gdzieś pomiędzy stwierdzeniem, że "to wszystko bez sensu" (ja), a "chyba trochę przesadzili z tą ceną" (Kuba), uznaliśmy, że... najwyższy czas coś zjeść.


Podobno kto szuka, ten znajdzie - i chyba faktycznie coś w tym jest, o czym przekonaliśmy się już parę godzin później, kiedy w naszej sypialni stanęło... dziecięce łóżeczko. Tak, to z Ikei. Niebieskie. I wcale nie za 1500, tylko za 180 zł. Co prawda nie mogę powiedzieć, że jakoś strasznie się go naszukaliśmy. Prawdę mówiąc, po prostu nam się trafiło :) Wierzcie lub nie, ale czekając na pizzę i przeglądając Internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego z drugiej ręki (nawet nie nastawialiśmy się na tą nieszczęsną Ikeę), natrafiliśmy dokładnie na ten model. Z jednym malutkim odrapaniem (którego nie widać, bo zasłania je przewijak). Z cudnym, niebieskim kolorem, który rozwesela i koi jednocześnie. Z faktem, że ten "złoty graal" czeka na nas trochę ponad godzinę drogi od Poznania. I w dodatku z możliwością odbioru tego samego dnia, byle pod wieczór. Przypadek czy przeznaczenie? A może po prostu szczęście? Nie mam pojęcia (i w sumie nie ma to da mnie znaczenia), ale jedno wiem na pewno: następnym razem, zanim definitywnie obrażę się na "los", sprawdzę najpierw, czy przypadkiem nie przyszykował dla mnie innego - lepszego rozwiązania :)
/1. Lustrzane fronty szafy gospodarczej fajnie "powiększają" przestrzeń i odbijają światło. Niestety nie odwracają uwagi od mojej piłki do ćwiczeń, która mieści się tylko tam :)/2. Wnętrze jest ważne, ale to co za oknem wcale nie mniej. Wrażenie przestronności pomimo małego metrażu, byłoby chyba niemożliwe bez tego widoku za szybą. /3. Teraz jeszcze przydałoby się wymienić drzwi, np. na składane, żeby było wygodniej, tych i tak nigdy nie lubiłam... mężu, nie czytaj tego. /4. Wciąż jeden z ulubionych kadrów. /5-6. "Przecież to nie jest żaden przewijak, tylko moje nowe legowisko". /
Jeśli wyznacznikiem dobrze urządzonej przestrzeni jest to, że codziennie cieszy, to chyba poradziliśmy sobie z tym zadaniem całkiem nieźle. Szczerze mówiąc, wciąż nie mogę się nadziwić jak to możliwe, że w tym malutkim mieszkanku zmieściliśmy wszystkie niezbędne nam sprzęty i wydzieliliśmy potrzebne strefy i kąciki, nie tracąc zupełnie poczucia przestronności i przestrzeni... choć to niemożliwe, mam nieodparte wrażenie, że to mieszkanie dosłownie "rośnie" razem z nami, z dnia na dzień coraz bardziej nas przekonując, że stać je na dużo więcej, niż wydawało nam się w dniu zakupu. Nie pozostaje nic innego jak... żyć! Żyć szczęśliwie, tu i teraz, bez nadmiernych planów i oczekiwań - za to z nadzieją i wdzięcznością. I ciekawością, co przyniesie jutro. I chociaż to pozostaje tajemnicą, zdradzę Wam inną: nasze wnętrzarskie przygody wcale się jeszcze nie skończyły, dlatego jeśli lubicie je śledzić, zaglądajcie tu śmiało ;)
***




































Wyszło pieknie, nie miałam żadnych wątpliwości, że właśnie tak będzie. Niebieskie łóżeczko totalnie rozczula. A co do wiklinowego, mam małe sprostowanie - ono ma prawie 60 lat. Świetnie sie trzyma, jak na swoje lata ;-).
Wyszło pięknie. Gustownie, przytulnie i funkcjonalnie. Wszystko w zasięgu ręki, na swoim miejscu. Niebieski kolor dodaje nie tylko sielskiego klimatu ale świeżości i poczucia przestrzeni co na niewielkim metrażu jest szczególnie istotne. Brawo 😍👍