Różna rzeczywistość, jedzenie jako sztuka, multitasking i szkice zwierząt - czyli Migawki czerwcowe.

Zaktualizowano: 3 wrz
MIGAWKI / CIĄŻA I MACIERZYŃSTWO / LIFESTYLE / KULTURA I SZTUKA /

Nieważne ile mam lat, początek lata, a tym samym wakacji, zawsze wywołuje u mnie tę samą ekscytację, nawet jeśli nie zanosi się na żadne dalsze podróże. W tym czasie jest coś wyjątkowego, coś, co sprawia, że czujemy się bardziej beztroscy, pogodni i ciekawi świata. Lubię to uczucie. Lubię myśleć, że tego lata na pewno wydarzy się coś wspaniałego i godnego zapamiętania - i zazwyczaj mam rację, choć przeważnie dotyczy to raczej mało spektakularnych, aczkolwiek radosnych momentów, jak moje urodziny, rodzinne wyjazdy, czy grille w gronie przyjaciół, ciągnące się do późnej nocy. Ale tegoroczne wakacje zapowiadają się zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie, i chociaż najprawdopodobniej spędzimy je głównie w domu, czekam na nie jak na żadne inne, ciesząc się na te całe 2 długie miesiące rodzinnego celebrowania codzienności, złożonej głównie ze spacerów, dobrego jedzenia i muzyki, książek, oraz długich wieczorów przy dobrym kinie - choć przy tym ostatnim się zastanawiam, czy w nowych okolicznościach, nie skończy się zaśnięciem w pierwszych minutach seansu ;)
Minął miesiąc, odkąd uczymy się nowej rzeczywistości, która, jak na razie, wcale nie wydaje się być taka straszna, jak czasami sugerują inni ludzie. Oczywiście każdy przypadek jest inny, ale to tylko potwierdza fakt, że nie warto niczego generalizować. Tak, mieliśmy już cięższe momenty i brak snu też trochę daje się we znaki, ale skłamałabym mówiąc, że zupełnie nie możemy się odnaleźć w nowej roli. Wręcz przeciwnie - choć wymaga to od nas codziennych kompromisów i sprawnej organizacji (i komunikacji!), żonglowania czasem i zrobienia porządków na półce z priorytetami. Mam jednak niezachwiane poczucie, że wszystko (wreszcie) jest na swoim miejscu, a ja dzięki macierzyństwu mam szansę stać się o wiele bogatsza, spokojniejsza i bardziej cierpliwa niż kiedykolwiek. Być może macie wrażenie, że taka postawa jest trochę w kontrze do wizji rodzicielstwa, jaką ostatnimi czasy pokazuje się nam chociażby w mediach - ja też to widzę. Widzę również, że mamy jakąś dziwną potrzebę demonizowania tego stanu, trochę na siłę stawiając sprawę w skrajnej opozycji do idealnych kadrów beżowych "Insta matek", mocno popularnych jeszcze chwilę temu. Cóż. Nie odkryję Ameryki, jeżeli powiem, że najlepiej w tym wszystkim poszukać balansu - a jeszcze lepiej skupić się na sobie i nie porównywać z innymi. Mówiąc zdania w stylu: "rzeczywistość tak nie wygląda", warto zastanowić się czyją rzeczywistość mamy na myśli. Bo każda jest inna - niby oczywiste, a jednak mam wrażenie, że o tym zapomnieliśmy.
/1. Macierzyństwo, rodzicielstwo - choć podskórnie wiemy, że każda rzeczywistość jest inna, i tak je bezlitośnie porównujemy, co według mnie nie ma zupełnie sensu - i pisałam o tym w tym poście. /2. Nie polecam naleśników z mąki żytniej. Nie wiem skąd wiem, gdzieś czytałam./
3-4. Ten jeden dzień w miesiącu, w którym udaje się pomodlić bez dziecka na rękach... a nawet zjeść obiad przy stole. /5. Czas na zrobienie porządków po ciąży - przynajmniej jednego skrzydła. Albo chociaż szuflady. /6. Czy to właśnie dziś jest ten "bezproduktywny" dzień, w którym piję 16 herbatę, oglądam podcasty i na zmianę karmię i przewijam? Nie. To po prostu dzień, w którym mamy spadek energii, więc organizujemy dobre jedzonko, odpoczywamy i dużo się przytulamy./
Gdybym miała określić co uległo największej zmianie, odkąd w naszym życiu pojawiła się córeczka, bez wahania powiedziałabym, że wcześniej wypracowana i lubiana przez nas rutyna dnia codziennego. Zapewne większość rodziców przyzna mi rację - dzieci bezceremonialnie ją burzą i chcąc nie chcąc, zmuszają nas do elastyczności, a wręcz porzucenia pewnych wyuczonych nawyków i rytuałów (przynajmniej na jakiś czas). Paradoksalnie, maluchy również cenią sobie jakiś rytm i stałe punkty dnia (co wyraźnie już zauważamy), ale dzieją się one na bliżej nieokreślonych zasadach dyktowanych przez nie same, a właściwie... przez ich drzemki :) Nie powiem, chwilę mi zajęło, zanim przyzwyczaiłam się, że takie prozaiczne czynności jak przygotowanie obiadu będą rozłożone na 2 -3 godziny (kochani rodzice, znacie tę sytuację, w której w czasie jednej drzemki zdążycie wstawić makaron, pokroić cebulkę i... już musicie przerwać, bo maluch się obudził i domaga się uwagi, prawda?). Jednak w tym wszystkim odnajduję pewną niezaprzeczalną korzyść: cierpliwość, organizacja czasu, multitasking - wkraczają na zupełnie inny poziom. Trwając w tym doświadczeniu, oraz obserwując je u innych rodziców, nie mogę się nadziwić, jak można twierdzić, że macierzyństwo (bo zazwyczaj tę myśl kierujemy do kobiet) uwstecznia i jest przeszkodą w rozwoju.
/1-4. Kiedyś nieśpiesznie, w kuchni, z zapaloną świeczką. Teraz głównie z Malutką. Jedno się nie zmieniło - modlitwą zaczynamy dzień. /

/Im starsza jestem, tym bardziej widzę, że najlepszym prezentem jest po prostu wspólny czas, najlepiej przy dobrym jedzeniu. Właśnie tak, w naszych czterech ścianach świętowaliśmy pierwszy Dzień Ojca Kuby - i było idealnie./
/1-3. Lubimy niebieski./
/1. Dzień jak co dzień. /2. "Może by ktoś w końcu rozpakował tę paczkę?"/
To, co doskonale przełamuje monotonię dnia codziennego, to zrobienie sobie jakiejś drobnej przyjemności od czasu do czasu. A jeśli dodatkowo uda się ją połączyć z mniej atrakcyjnym pragmatyzmem, to stajemy się sprawcami sytuacji wręcz doskonałej :) W czerwcu udało mi się taką uzyskać aż dwukrotnie - w dodatku podczas robienia zakupów z moich dwóch ulubionych kategorii, czyli: rzeczy "do domu", oraz odzieży (no dobra, tak naprawdę istnieje jeszcze trzecia, czyli wszystko co związane z literaturą i sztuką szeroko pojętą). Kto mnie zna, ten wie, że rzadko kupuję nowe ubrania, a dużo częściej wolę buszować w poszukiwaniu unikalnych perełek. Ostatnio dość sporo czasu spędziłam na tych poszukiwaniach, ale dzięki temu natrafiłam na naprawdę wyjątkowy second - hand, który ujął mnie już od pierwszej chwili, gdy zajrzałam na ich stronę: to miejsce wcale nie wygląda jak typowy sklep drugiego obiegu, ale raczej jak przyjemny, unikalny butik, w którym znajduje się tylko dobrej jakości, wyselekcjonowana odzież. I tak w zasadzie jest - ubrania, które tam znajdziecie są w świetnym, czasami wręcz idealnym stanie, mają bardzo dobre składy i przyjeżdżają odpowiednio zapakowane, z miłą niespodzianką w środku :) Moje zestawienia z rzeczami, które nabyłam w Hopla store, bo o nim mowa, możecie zobaczyć w tym wpisie.
Wracając na chwilę do wątku literatury - jakieś 2 tygodnie wcześniej, dzieliłam się z Wami na Instagramie pewną niezwykłą książką, którą mam u siebie od lat (to prezent od mojej śp. Babci), a do której bardzo lubię wracać co jakiś czas. Tak naprawdę jest to szkicownik - czyli zbiór rysunków Jerzego Sokołowskiego, polskiego zoologa, ornitologa i popularyzatora wiedzy o ptakach, ale także nauczyciela akademickiego i wielkiego miłośnika rysunku, malarstwa, oraz fotografii. Książka została wydana w roku 1961. Zawiera szkice zwierząt, rysowanych przez Artystę z natury - co widać w szczególny sposób dzięki temu, że nie wszystkie z nich są ukończone - część wyraźnie została przerwana na wskutek być może psującej się pogody, lub bardziej prawdopodobnej sytuacji, w której rysowane zwierzę zniknęło z pola widzenia. Zawarte w książce rysunki są czymś więcej niż tylko ładnymi obrazkami "do oglądania". Studiowanie ich, to według mnie idealny sposób ćwiczenia uważności: przyglądania się sylwetkom zwierząt, zwracania uwagi na detal, charakter i technikę wykonania szkicu. Niektóre zwierzęta wyglądają, jakby miały się zaraz poruszyć - inne zaś są odzwierciedleniem nad wyraz spokojnych, wręcz majestatycznych modeli. Jan Sokołowski napisał wiele innych książek (głównie o ptakach), część z nich wciąż można dostać w wybranych księgarniach, lub w antykwariatach. "Zwierzęta z mojego szkicownika" są pozycją raczej mało dostępną, ale warto poszperać w internecie. To doskonała książka również pod kątem dzieci - zawarte w niej szkice (które, notabene, są naprawdę realistyczne) to doskonała alternatywa dla popularnych książeczek służących maluchom do nauki nazw zwierząt.
Z biegiem czasu wyraźnie zauważam różne zmiany, które we mnie zachodzą (i nie mówię tylko o pojawieniu się pojedynczych siwych włosów - tak, to już). Jedna z nich dotyczy mojego podejścia do jedzenia. Kiedy byłam w wieku studenckim, podobnie jak wcześniej, traktowałam jedzenie głównie jako "paliwo". Spędzając całe dnie na nauce i pracy, zupełnie nie przywiązywałam wagi do tego co jem, zazwyczaj liczyło się to, żeby zjeść szybko i niedrogo (wiadomo).
Ale dzisiaj sprawy mają się już zupełnie inaczej. Dzisiaj jedzenie jest dla mnie jedną z największych przyjemności, szczególnie, kiedy dzielę ją z innymi. Uwielbiam moment, w którym wspólnie z mężem siadamy do stołu i opowiadamy sobie o minionym dniu. Polubiłam również gotowanie - przygotowywanie posiłków dla rodziny traktuję wręcz jako język miłości, już nie mówiąc o tym, że niektóre przepisy po prostu nakazują rozpatrywać kulinaria jako rodzaj sztuki (i w zasadzie tak jest - w końcu pojęcie sztuka kulinarna funkcjonuje już od dawna). Ciekawym doświadczeniem jest obserwowanie, jak na wiele aspektów związanych z jedzeniem się na to przekłada. Nagle łapiesz się na tym, że dużo uważniej robisz zakupy: czytasz składy produktów, analizując źródło pochodzenia. Ponadto, zwracasz dużo większą uwagę na wartości odżywcze, bo nie chcesz karmić się byle czym. Ani się obejrzysz, a zaczynasz ściągać z najwyższych półek zakurzone książki kucharskie, do których nie zaglądałeś od lat (dlatego są takie zakurzone), lub ewentualnie wyszukujesz ciekawe przepisy na blogach. I w końcu - gotujesz. Gotujesz z przyjemnością i ciekawością, nie bojąc się testować kolejnych przepisów. Z czasem zaczynasz nawet kompletować swój kulinarny asortyment: nie zadowala cię już pierwsza lepsza patelnia z Ikei, bo wiesz, że materiał, z którego jest wykonana, ma znaczenie dla smaku (i zdrowia). I tutaj eksperci wypowiadają się jasno: najzdrowsze garnki i patelnie wykonane są ze stali, szkła, lub żeliwa. Tym trzecim przez ostatnie tygodnie interesowałam się szczególnie, aż w końcu postanowiłam zamówić żeliwną brytfankę. Jest dość sporych rozmiarów, ale właśnie czegoś takiego nam brakowało. Jest to naczynie mocno uniwersalne: nada się do zrobienia gulaszu, pieczenia chleba, czy różnego rodzaju mięs. Za nami pierwsze kulinarne testy - i jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni. Tak naprawdę żeliwne naczynia mają dla mnie tylko jeden minus: są dość ciężkie i nie zawsze można je myć w zmywarce (a przynajmniej nie zaleca się tego robić). Jednak przy odpowiednim nastawieniu da się do tego przywyknąć, a smak i aromat, który właśnie przez żeliwo, w naturalny sposób zostaje podbity - wszystko wynagradza. Moja brytfanka jest od polskiej marki Hage, specjalizującej się w produkcji żeliwnych naczyń.

/Skarby prosto z dziadkowego ogródka./
/1-4. Smaki lata./

/Kiedy siostry wpadają do Ciebie z największym arbuzem, jakiego kiedykolwiek miałaś - i wiesz już, że będziesz go jeść na śniadanie, obiad i kolację./

/Lato to u nas również sezon na gofry: czasem jako bogaty podwieczorek z sezonowymi owocami i czekoladą, czasem jako słodkie śniadanie z resztką dżemu./
O tym jak ważny i cenny jest nasz wspólny rodzinny czas, przekonuję się w czerwcu dość często, a to z powodu licznych wyjazdów mojego męża, szczególnie jednego, jakim był Konkurs Kompozytorski, organizowany w Bielsku - Białej. Duża i konkretna impreza, zorganizowana na wysokim poziomie, ale wiązała się z prawie tygodniową nieobecnością Kuby w domu. Przez ten czas miałam na szczęście zapewnioną pomoc: raz wpadła ciocia, raz siostra (mama wyjechała na wakacje), a do tego kochani teściowie zajęli się naszą Tajgą, przygarniając ją do siebie. To było naprawdę duże odciążenie, ale choć te 6 dni upłynęło dość szybko i w bardzo fajnej atmosferze, to w ostatni samotny wieczór, poprzedzający dzień, w którym Kuba miał wrócić, czułam się trochę jak uczennica liceum, która ma przed sobą perspektywę długo wyczekiwanych, upragnionych wakacji.

/Świętujemy pierwszy Dzień Ojca. Bez fajerwerków, wśród prasowania, przerw na karmienie i walizek, ale jest najpiękniej./
/1. Ostatni wieczór przed powrotem męża. Gdzieś pomiędzy zajmowaniem się malutką, próbą ogarnięcia mieszkania, gotowaniem kompotu (znajomi przywieźli baaardzo dużo czereśni), a wyborem filmu na dziś. /2. To było niby tylko 6 dni, a stęskniłam się jak nigdy./
Ostatni dzień czerwca zawsze jest dla mnie czymś w rodzaju "zamknięcia rozdziału", dniem kończącym intensywny czas pracy, projektów, terminów i wymagającej logistyki. Dniem zwiastującym moment wytchnienia, długich wspólnych dni i wieczorów, pełnych dobrego jedzenia, beztroskiej zabawy i wyciszonych telefonów. Och, wakacje - czekaliśmy na was, jak wspaniale, że już tu jesteście!

***



Komentarze