Jak spędziliśmy nasze pierwsze wakacje z maluszkiem?

Zaktualizowano: 28 sie
CIĄŻA I MACIERZYŃSTWO / PODRÓŻE / LIFESTYLE

Wpis zawiera linki nieafiliacyjne - oznacza to, że umieszczone przeze mnie polecenia
w formie linków do niezależnych produktów, mają charakter niekomercyjny.
Słyszałam niedawno, że podobno charakterystyczną cechą matek z pokolenia milenialsów jest ich podejście do macierzyństwa, gdyż tę sferę także, jak każdą inną, traktują jak "projekt" - i chcą go zrealizować jak najlepiej. Choć taką recenzję można by w sumie odebrać jako niezbyt przychylną, to jednak mam wrażenie, że nie sposób się z nią całkowicie nie zgodzić (prawda "milenialki"?). Nie wiem jak u was, ale u mnie przynajmniej na jednej płaszczyźnie widać to gołym okiem (chcąc, nie chcąc), a mianowicie: podróżowanie z maluchem. Jeszcze zanim zostałam mamą, wszelkie wyjazdy były dla mnie związane z check-listami, analizami, tabelkami i precyzyjnym określeniem poszczególnych spraw do załatwienia przed wyjazdem, jednak w tym roku, mam wrażenie, że to wszystko wkroczyło na jeszcze bardziej szalony poziom. Co zrobić. Mogłabym się zastanawiać, czy te moje przedwyjazdowe praktyki wynikają z przyzwyczajenia, realnej potrzeby, czy może nudy (ha, ha) - ale chyba nie ma to sensu, bo i tak nie wyobrażam sobie ich zaniechać. W gruncie rzeczy, dają też poczucie bezpieczeństwa i lepszego przygotowania do wyjazdu (nawet jeśli to poczucie później okaże się mylne). Dlatego na potrzeby dzisiejszego wpisu, postanowiłam się z Wami podzielić kilkoma doświadczeniami, podsumowując nasze pierwsze wakacje z maluszkiem, podczas których choć nie wszystko przebiegło tak, jak zaplanowaliśmy, a my sami popełniliśmy kilka błędów, bawiliśmy się wspaniale - i uwaga - naprawdę o d p o c z ę l i ś m y (!). Zatem jeśli jesteście ciekawi, lub być może sami przygotowujecie się do wyjazdu z małym dzieckiem - ten wpis jest dla Was.

Główna zawartość mojej torebki od 3 miesięcy ;)
Mówią, że z małymi dziećmi najlepiej jechać nad morze - i choć rzeczywiście od samego początku planowaliśmy taki kierunek, nie sugerowaliśmy się zbytnio tym powiedzeniem (na jesień planujemy góry ;)). Po prostu stęskniliśmy się za naszym ukochanym Sopotem (no dobra, ja się stęskniłam), a że nie jest to wcale aż tak długa trasa (dzięki Bogu!), postanowiliśmy nie kombinować i na pierwsze wakacje z naszą niespełna trzymiesięczną córeczką jechać właśnie w takie miejsce, które znamy i w którym dobrze się czujemy. Szczęśliwie pogoda zapowiadała się bardzo przyjemna - i co najważniejsze: sprawdziła się. Kto choć raz był nad polskim morzem, prawdopodobnie wie, jak bardzo kapryśny potrafi być tamtejszy klimat, w którym cieplutkie, słoneczne dni bez silniejszego wiatru są prawdziwym rarytasem. Jeśli o mnie chodzi, od jakiegoś czasu dużo bardziej lubię spędzać czas nad morzem poza sezonem - i nie chodzi tylko o nieporównywalnie mniejszą liczbę turystów, ale również o przyjemniejszą i bardziej urzekającą aurę - zwłaszcza w sezonie jesienno - zimowym. Ale z małym dzieckiem mogłoby to być trochę bardziej męczące (ubieranie tych wszystkich czapeczek, kurteczek, rękawiczek jeszcze przede mną), więc ostatecznie w tym roku w Sopocie wylądowaliśmy w lecie (jeśli nie wiecie: od paru lat Sopot jest mi szczególnie bliski i staram się tam być każdego roku, choćby tylko po to, by przejść się po molo z kawą w ręku i popatrzeć na morze - to działa na mnie jak terapia i ładuje baterie naprawdę na długo). Oprócz indywidualnych upodobań, widzieliśmy jeszcze parę innych korzyści wynikających z pobytu nad morzem: kojący szum fal Bałtyku (który z resztą jest jednym z dźwięków naszego szumisia), czyste powietrze i budowanie lepszej odporności poprzez kontakt z nadmorskim klimatem, oraz świetna okazja do pierwszych naturalnych wrażeń sensorycznych córeczki, do których piasek nadaje się idealnie. Oczywiście tradycyjne leniwe plażowanie z takim małym dzieckiem jest w zasadzie niemożliwe (najdłużej wytrzymała 1,5 godziny), ale na szczęście jest sporo równie ciekawych i przyjemnych sposobów na spędzenie czasu - i o tym jest ten wpis.
/1. Jeżeli nigdy nie odwiedziliście Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, macie co nadrabiać. To jedna z lepszych galerii w Polsce, ale warto być uważnym, bo wystawy zmieniają się tutaj średnio co 2 miesiące - i jak widać na załączonym zdjęciu, z maluszkiem też się da :) /2. Jeśli tak, jak my jesteście fanami długich nadmorskich spacerów, koniecznie zaopatrzcie się w nosidło, bo gondola + plaża = udręka. Nie wiem skąd wiem, gdzieś czytałam ;) /
W zasadzie wszystko zaczyna się od odpowiedniego przygotowania - przy czym zasada: "lepiej coś ze sobą wziąć i tego nie użyć niż na odwrót" sprawdza się tutaj bez dwóch zdań. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam co dokładnie spakować, zapytałam więc Was o to na Instagramie - i naprawdę znalazło się tam sporo podpowiedzi. Jednak jak to w życiu, przydatność "rzeczy z listy" weryfikowana jest dopiero w trakcie trwających wakacji - i w naszym przypadku część z nich okazała się zupełnie niepotrzebna, o czym opowiem w kolejnych akapitach. Zanim jednak polecicie do bagażnika wypakować połowę ekwipunku, pamiętajcie proszę o jednym: bagaż należy dostosować do trzech rzeczy: miejsca docelowego, przewidywanej pogody, oraz planowanych aktywności - czyli mówiąc wprost: to kwestia indywidualna i nie ma tu uniwersalnych rozwiązań. Mimo wszystko jednak, pokusiłam się o parę wskazówek w zakresie wakacyjnego bagażu malucha - w końcu sama jeszcze niedawno ich szukałam i wiem, że czasem są na wagę złota. Pozwólcie, że daruję sobie tutaj wymienianie tych niezbędnych akcesoriów, jak ubranka (te cieplejsze też!), przyjmowane witaminy, butelki i smoczki (jeśli ktoś używa), środki pielęgnacyjne i tym podobne - to oczywiste, że trzeba je wziąć, zatem skupię się tylko na tych dodatkowych przedmiotach, które (chyba) łatwiej przeoczyć - i które nam zdecydowanie przydały się na wakacjach:
Nosidło. My nasze mieliśmy zawsze przy sobie, dzięki czemu byliśmy elastyczni i mogliśmy dowolnie zmieniać plan dnia, np. przenosząc się z miasta na plażę, bez konieczności wcześniejszego powrotu do hotelu. Swoją drogą bardzo polecam to nosidełko, jest niesamowicie wygodne, łatwe w montażu i posiada praktyczną kieszonkę, oraz funkcję regulacji. No i oprócz porządnego wykonania, ma duże walory estetyczne, co dla mnie osobiście nie jest bez znaczenia.
Chusta. Teoretycznie nie jest niezbędna, ale mi się przydała, choćby z tego względu, że zakłada się ją dużo szybciej niż nosidło (i jestem w stanie zrobić to w pojedynkę, a do nosidła jednak póki co potrzebuję asysty). Moja chusta przydała się nam tak "na szybko", kiedy np. szliśmy na hotelowe śniadanie, a mała nie chciała być w wózku. Wykorzystywałam ją również jako kołderkę, kiedy chodziliśmy z gondolą po Sopocie - chusta ma fajny, grubszy, ale jednocześnie przewiewny materiał i sprawdziła się świetnie na tym polu.
Wanienkę turystyczną i ręcznik dla małej, którego używacie na co dzień. Ja go pominęłam i potem żałowałam, bo mała dostała jakiejś wysypki już po pierwszej nocy - i podejrzewam, że to przez ten ręcznik, który raczej nie jest prany w delikatnym płynie dla niemowląt.
Cieplejszy kocyk (przydał się, gdy na plaży wiało), "rzucany" namiocik, ewentualnie parawan plażowy, który osłoni przed wiatrem.
Wózek, którego używacie na co dzień - w naszym przypadku gondola. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ją zabrać, bo zajmuje sporo miejsca w bagażniku, a w planach mieliśmy również zabranie przyczepki rowerowej, ale całe szczęście, że się nie rozmyśliłam. Wózek to jednak wygoda, mała mogła w nim spać, kiedy my np. jedliśmy obiad w restauracji. no i dołączona do niego torba jest tak pojemna, że w zasadzie chodziłam już bez dodatkowej torebki.
Zapięcie rowerowe - my przypinaliśmy nim gondolę, kiedy chcieliśmy się przenieść na plażę (mała wskakiwała wtedy w nosidełko), zwyczajnie pytaliśmy też obsługi w przybrzeżnych knajpach, czy możemy ją gdzieś z boku zostawić i zazwyczaj nie było problemu. Tak, trochę ryzykowne, ale jednak lepsze to niż nic (bo bezpieczna alternatywa to powrót do hotelu i zostawienie wózka, ale nam zawsze szkoda było na to czasu).
Zabawkę, kocyk, przytulankę - coś, co dziecko dobrze zna i lubi. W naszym przypadku był to szumiś i karuzela. (Trzeba dokupić do niej pałąk). Nowe miejsce to często też dużo wrażeń dla malucha i te dwie rzeczy uratowały nasz niejeden poranek i wieczór.
Matę do przewijania, najlepiej składaną. Okazało się, że przewijaki jednak nie są normą i wielu miejscach ich po prostu nie było, ale kiedy masz matę, możesz przewinąć dziecko właściwie wszędzie: ja robiłam to już na ławce w parku, w kącie na podłodze w muzeum i oczywiście na plaży.
Zapas reklamówek! Zdarzało się, że w pobliżu nie było kosza na śmieci, a trzeba było przewinąć małą i przechować gdzieś brudną pieluszkę do czasu, aż śmietnik pojawił się na horyzoncie ;)
A co okazało się zbędne? W zasadzie niewiele. Poza zbyt dużą ilością ubranek (choć tutaj wiadomo, że lepiej w tę stronę niż na odwrót), nie bardzo przydał się parawan plażowy, którego rozkładanie trwało całą wieczność - zdecydowanie za długo, zważywszy na fakt, że na plaży nie przesiadywaliśmy dłużej niż 1,5 godziny - przy czym słowo "przesiadywaliśmy" jest tutaj kompletnie nietrafione, bo mała raczej chciała być w ruchu ;) zdecydowanie lepiej sprawdził się pół-namiocik, którego rozkładanie to chwila. Ach, no i jeszcze jeden pro-tip: okazało się, że granie w scrabble, czy czytanie książek na plaży w towarzystwie maluszka jest raczej marzeniem (całe szczęście, że wzięłam ich aż 3 ;)).
/1-2. Droga do Sopotu okazała się zdecydowanie cięższa, ale to dlatego, że jechaliśmy za dnia (w nocy jednak nasze dziecko lepiej śpi i nie trzeba się tyle razy zatrzymywać). Każde miejsce jest dobre na zabawę. Tutaj czekamy na obiad, w fantastycznej Pannie./

/Wózek wózkiem, ale chusta również okazała się być bardzo przydatna/.
/1-2. W Sopocie jest całkiem sporo ciekawych miejsc do odkrywania, jak np. Grodzisko, w którym można naprawdę przyjemnie pospacerować, zażywając przy okazji trochę historii. / 3. Kto z Was też uwielbia te kosze? /4. Towarzystwo Przyjaciół Sopotu to niezwykle klimatyczne miejsce, w którym można podziwiać piękne wnętrza, posiedzieć w ogródku i wypić pyszną kawę, ale przede wszystkim wybrać się na okolicznościowy koncert, wernisaż, czy wieczór poetycki. Warto być na bieżąco!/

/ Plaża na Helu okazała się dużo mniej zatłoczona, niż sopocka, za to klimat miasteczka to dla mnie rozczarowanie. W pamięci zostały mi głównie smutne, niszczejące rybackie domki, których potencjał "wykorzystywano" umieszczając w nich "Żabki", albo budki z hod - dogami./
/1. Kto powiedział, że z maluchem nie można iść na rower? /2 -9. Dolina Radości to ciekawe miejsce na spacer: można tam podziwiać nie tylko przyrodę, ale także przepiękną architekturę (nie tylko w postaci zachowanych dworków, ale również uroczych domków na działkowych ogródkach). Warto jednak dobrze zaplanować trasę i trochę co nieco poczytać - my pojechaliśmy bardziej spontanicznie i straciliśmy zbyt dużo czasu na analizowanie mapy podczas wycieczki./
/1-2. Bo piknik to zawsze dobry pomysł, prawda? Tutaj przystanek podczas naszej Wiślanej trasy rowerowej wzdłuż Wisły (zaczynaliśmy ze Świbna, do którego podjechaliśmy autem i przez Kiezmark dojechaliśmy do Mikoszewa, z którego prom płynie z powrotem do Świbna - dosłownie na drugi brzeg rzeki)/.
/1-2. Szczęśliwy tatuś./
/1-4. Sopockie romantyczne wieczory, kojące kadry i krzyki mew to jest to po co tu przyjeżdżam - te chwile napawają mnie upragnionym spokojem i poczuciem ładu. Zawsze wyjeżdżam stąd zainspirowana./

/Jedna z ulubionych knajp w Sopocie. Włoski klimat, przemiła obsługa, a ich pasta z pieprzem i Pecorino Romano to istny obłęd./
/1-2. Kiedy twoje wewnętrzne dziecko zostało zaspokojone na cały rok ;)/
Największym błędem, który popełniliśmy było chyba zbyt duże przywiązanie do planu na dany dzień, bo chociaż sama idea planowania jest pomocna i pomaga zaoszczędzić mnóstwo czasu, to jednak w przypadku wakacji z malutkim dzieckiem, trzeba dać sobie sporo przestrzeni na spontaniczne zwroty akcji. Na początku musieliśmy się trochę do tego przyzwyczaić, ale już na drugi, czy trzeci dzień złapaliśmy wspólny rytm. Wiedzieliśmy, że tym razem nie chodzi o to, żeby "odhaczyć" wszystkie punkty z listy, a raczej spokojnie i uważnie, po prostu tam być, chłonąć atmosferę miasta, jeść kolejne gofry i powspominać podczas kolacji z widokiem na morze - choć patrząc po ilość zdjęć (to co widzicie na blogu, to tylko jakaś część zdecydowanie większego albumu), śmiem twierdzić, że naprawdę sporo atrakcji udało nam się przeżyć, jak na to, że mieliśmy pod opieką trzymiesięczną córeczkę. Intuicja wyraźnie podpowiadała mi jednak, że nie ma sensu wstrzymywać się z ulubionymi aktywnościami (jak np. wypad do galerii sztuki, czy wieczorne spacery po mieście) z jej powodu - z perspektywy czasu, uważam, że słusznie, choć oczywiście niezbędna jest tutaj obserwacja dziecka i liczenie się z tym, że to do niego należy ostatnie słowo w kontekście planowanych aktywności (niektóre z nich odpuściliśmy, bo np. malutka była już zmęczona, albo samo miejsce było zatłoczone i głośne, więc nie bardzo nadawało się dla dzieci). I z taką myślą chciałabym Was zostawić: warto zasięgnąć rady u innych, również w temacie takiego, zdawałoby się, przyziemnego tematu jak wakacje z maluszkiem, ale koniec końców, Wasza intuicja okaże się kluczowa. W końcu nikt nie zna swoich dzieci tak dobrze, jak ich rodzice, nawet jeśli wszyscy dopiero się siebie uczą... choć w zasadzie ta nauka trwa przez całe życie, prawda?
***











Komentarze