top of page

Czy faktycznie tęsknimy za starym Instagramem? A może jednak za sposobem, w jaki kiedyś z niego korzystaliśmy?

Zdjęcie autora: Agnieszka
Agnieszka
18 wrz
5 minut(y) czytania

LIFESTYLE



Kobieta siedzi na podłodze w kuchni, trzyma kubek z napisem I LOVE YOU, patrzy w górę; czerwona lodówka i okno w tle.



Pamiętam "stary" Instagram. Wyjątkowe miejsce w sieci, gdzie można było podzielić się kawałkiem siebie, opowiedzieć jakąś historię, a czasem nawet zainspirować kogoś, do opowiedzenia swojej - i to wszystko za pomocą prostego narzędzia, które w dobie 3-sekundowych filmików, wciąż ma swoje szerokie grono wielbicieli: za pomocą zdjęcia. Wcale nie aż tak dawno, bo jeszcze w roku 2016, na Instargramie, zdjęcie było po prostu zdjęciem. Nie musiało być częścią strategii. Nie trzeba było zastanawiać się, czy pierwsze sekundy rolki zatrzymają odbiorcę, czy montaż będzie wystarczająco dynamiczny i czy na ekranie pojawi się odpowiednia liczba napisów, oczywiście w dopasowanej do całości czcionce. Po prostu publikowało się coś, co chciało się pokazać szerszej publiczności, analizując wcześniej, czy dany materiał w ogóle ma jakąś wartość. Patrząc dziś na niektóre treści, odczuwam wątpliwość, czy wspomniana wartość, jest kryterium nadrzędnym. Właściwie... czasami mam wrażenie, że nie jest jakimkolwiek kryterium, a w jej miejsce wchodzi raczej chęć zaistnienia, wzbudzenia kontrowersji i podzielenia się własną opinią (o którą nikt nie pytał) na każdy możliwy temat. Dzisiejszy Instagram jest zupełnie innym miejscem. Coraz więcej treści wygląda jak mini produkcje filmowe: mamy rolki, przejścia między klipami, wirujące napisy, muzykę, efekty, hooki, trendy - i ciągłą walkę o to, aby zatrzymać uwagę widza. Oczywiście - zmiany, rozwój, są naturalnym procesem i nie ma nic złego w takim modelu. Ba - nie mogę też powiedzieć, że zupełnie mi ten nowy Instagram nie odpowiada, bo przecież korzystam z niego na co dzień i wciąż lubię tam zaglądać. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to, jak teraz wygląda ta platforma, jest w pewnym sensie odbiciem naszych czasów. Pośpiechu. Nieustannej gonitwy. Informacyjnego misz -maszu, podanego w ładnie "oprawionym" piętnastosekundowym filmiku (którego oczywiście nie obejrzymy do końca, bo czekają następne). Jednocześnie niezwykłe jest to, że coraz więcej ludzi otwarcie deklaruje, iż taki sposób odbioru (ale również tworzenia!) treści jest męczący. Pytanie brzmi: czy zwykły konsument social mediów ma wpływ na to, jak one wyglądają? A zaraz za tym rodzi się następne: czy faktycznie tęsknimy za starym Instagramem, czy może raczej za sposobem, w jaki kiedyś z niego korzystaliśmy?


Pewnie znacie to uczucie, kiedy np. czekacie na autobus, albo w kolejce do lekarza (czasami nawet z książką w torebce), i właśnie wtedy nierzadko pojawia się taki dziwny głos w głowie, który próbuje nam wmówić, że przydałoby się uaktualnić informacje, bo nie korzystaliśmy z telefonu już ponad 15 minut. Zanim do głowy dojdzie choć odrobina rozsądku, trzymamy już telefon w ręku i scrollujemy. Dużo prościej (mi przynajmniej) jest z niego rezygnować podczas jakiś zaplanowanych aktywności w tzw. "oflajnie": np. podczas spaceru, albo spotkania towarzyskiego, ale w takich sytuacjach, jak opisałam powyżej, sprawa jest bardziej złożona. Ostatnio zaczęłam o tym mocno myśleć i samą siebie pytać: czego tak naprawdę szukam w mediach społecznościowych? Czy nadal chodzi tylko o inspirację i wiedzę na dany temat? A może w jakiś niekontrolowany sposób, social-media stały się również sposobem na "reset" i chwilę wytchnienia? Jeśli właśnie poczuliście zgrzyt - możecie sami sobie przybić piątkę, bo macie stuprocentową rację: social-media i wytchnienie to dzisiaj, niestety, ale zazwyczaj kompletny paradoks.


Ok, ale zatrzymajmy się na chwilę, bo intencją tego wpisu wcale nie jest demonizowanie mediów społecznościowych, tym bardziej, że, nie czarujmy się, są one w zasadzie nieodłącznym elementem naszego życia (i wielu przypadkach są naprawdę przydatne, np. jako narzędzie komunikacji, czy reklamy). Może więc wcale nie musimy od razu kasować wszystkich kolorowych ikonek z pulpitów naszych smartfonów, a wystarczy jeśli raz jeszcze zastanowimy się nad tym, czym tak naprawdę te media dla nas są - i w jakim celu chcemy z nich korzystać. Może, jeśli szczerze rozważymy to i owo, okaże się, że wcale nie tęsknimy za "starym Instagramem", a jedynie za... dawnym sposobem eksplorowania Internetu (w tym mediów). Z uważnością. Z umiejętnością dostrzeżenia szczegółów na tym jednym zdjęciu. Z nasyceniem się jednym, dwoma postami, bez konieczności przeglądania kolejnych reelsów, bo mózg "chce więcej". To oczywiście wcale nie jest takie proste, bo jak podaje wiele badań, przeglądanie social mediów, powoduje ciągły wyrzut dopaminy, a ta z kolei aktywuje w naszym mózgu układ nagrody - i w efekcie chcemy przeglądać więcej i więcej. Ale może jednak jest jakiś sposób na to, aby zatrzymać tę szaloną karuzelę?


Nie jestem żadnym ekspertem, więc zdaję sobie sprawę, że przytoczone wskazówki mogą się okazać niewystarczające, jednak spróbuję się z Wami podzielić kilkoma małymi krokami, które staram się stosować i jeśli się do tego przyłożę - faktycznie dużo łatwiej "odklejam się" od ekranu:

  • Nie zabieram telefonu do sypialni. To miejsce odpoczynku, wyciszenia, modlitwy i książki.

  • Staram się nie korzystać z telefonu po określonej godzinie (z naciskiem na staram się).

  • Jeśli przeszukuję social-media w celu inspiracji, to najpierw staram się chociaż pobieżnie nakreślić czego właściwie poszukuję. Albo czego definitywnie nie szukam.

  • Nie obserwuję kont, które nie dają mi żadnej wartości. Przynajmniej raz w roku robię selekcję - usuwając "nieużywane" konta.

  • Kiedy pracuję, lub muszę się skupić, odwracam telefon ekranem do dołu, a najlepiej usuwam go z widoku.

  • Staram się uważać na to, co klikam. Algorytm nie śpi.

  • Mam w telefonie włączone śledzenie czasu spędzonego w social-mediach. Co tydzień sprawdzam te statystyki i jeśli wynik powoduje, że robi mi się słabo, staram się nad tym pracować w kolejnych dniach i ograniczyć korzystanie z telefonu, a w tym z kolei baaardzo mocno pomaga planowanie i rozpisywanie poszczególnych zadań na dany dzień.


Co do samego konsumowania treści na Instagramie: jeśli wychodzimy z założenia, że owszem, mamy wpływ na to, jak te media się kształtują, to chyba nie pozostaje nam nic innego, jak dbanie o to, aby z większą wstrzemięźliwością "rozdawać" swoją uwagę. Bo chyba zgodzicie się, że nie wszyscy na nią zasługują, prawda? Ale jak to właściwie zrobić? Jak powrócić do umiejętności wolniejszego kontemplowania treści, za to z większą uważnością? Być może Was rozczaruję, ale nie znam innej metody, jak po prostu... ćwiczyć. Jednak, co pocieszające, nie musimy wcale robić tego tylko i wyłącznie w Internecie. Według mnie umiejętność uważnego patrzenia na świat, słuchania, oraz oczywiście odbierania przeróżnych bodźców, w tym treści, jest dość złożonym (i często niestety długotrwałym) procesem, który możemy świadomie "budować" na kilka sposobów: chociażby podczas nieśpiesznego popijania kawy w sobotni poranek, wsłuchania się w rozmówcę, obserwowania przyrody podczas spaceru i opisywania w myślach (lub na głos) tego, co widzimy. Uważność to również rozsmakowanie się w zwykłym wtorkowym obiedzie, czy wprawa w koncentracji na najprostszych czynnościach. Świetnym ćwiczeniem jest również regularna gra w planszówki, albo inne "manualne" zajęcie, np. tworzenie rodzinnego albumu ze zdjęciami. Czy to przekłada się bezpośrednio na takie aspekty, jak nasze zachowania konsumenckie, czy wybory oglądanych treści - i co ważniejsze sposób korzystania z nich? Oczywiście, choć tę zależność nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. Może więc następnym razem, kiedy poczujemy się przebodźcowani, patrząc na migające obrazki i zatęsknimy za "starym Instagramem", zrobimy najpierw krok w tył - i przyglądając się swoim Instagramowym wyborom, rozważymy, jakich treści właściwie jesteśmy ambasadorami?





***

Komentarze


bottom of page